|
W tym co robię jest wiele różnorodności, która czasem dziwi mnie samego. Niepomny przestróg ducha czasu, uparcie łapię kilka srok za ogon.
Ta wewnętrzna i zewnętrzna kalejdoskopowość wynika z chęci badania różnych i kontrowersyjnych obszarów percepcji, a również z rozmaitych możliwości przekazu tak prowokowanych.
W tym polimorfiźmie odnajduję i stwierdzam wspólność, niekiedy tożsamość.
Lubię też czuć się jak ogrodnik, który raduje się gdy prócz brukwi i pietruszki, konopi i powojów, ukradkiem i nieoczekiwanie wyrosła mu mandragora.
Wielowątkowość odczuwam jako właściwą dla okresu przełomu.
Rzadko udaje mi się skupić na jednym wątku czy kanale.
Ale, dlaczego zawsze miałoby tak być?
Jedna i bezwarunkowa racja nie zdołała mnie do końca przekonać, więc pokazuję racje warunkowe, prawdy oboczne, wątpliwości i podejrzenia.
A także radość odczuwaną wobec harmonii nakładających się na siebie, a dotąd obcych sobie sfer. Jestem szczęśliwy gdy w obrazie jak w zwierciadle odbija się cząstka światła, która jest w każdym z nas.
Bez światła nie ma piękna ani radości. Bez światła
w naszym kosmosie nie byłoby niczego.
Najdosłowniej jesteśmy dziećmi światła, choć nie zawsze o tym pamiętamy.
Nawet gdy jest go całkiem niewiele, ono jest najważniejsze.
Posłańcem uczuć światła jest barwa.
Zachwyt słońcem, które jest źródłem naszych wyobrażeń o świetle, towarzyszy mi odkąd pamiętam.
Tą miłość do światła okazuję na różne sposoby.
Pragnę aby moc światła rosła tak w rzeczywistym, jak i w tysiącach światów przez nas wyobrażanych.
Aby w naszym małym i wielkim kosmosie działo się ku chwale słońca. SPLENDOR SOLIS.
|