|
Forma to przestarzała, a lubimy anachronizmy, więc uznałem Andrzeju, że najlepiej zrobię pisząc list.
Do Ciebie, ale i tych, co bez skrupułów czytają cudzą korespondencję.
Rozgrzeszam ich z góry.
List będzie lepszy niż przemądrzała rozprawa, w której nudno i chłodno (rozprawy muszą być zimne) rozgrzebałbym twoją twórczość.
Pewnie nie miałbyś nic przeciw temu żebym, patrząc szkiełkiem i okiem, z cyrklem w jednej ręce, a łopatą w drugiej, napisał taką rozprawkę akademicko-katedralną, że mucha nie siada.
Żebym twoje malarstwo obszturchał trzcinką aksjologii; wydłubał z niego możliwe paradygmaty; zdiagnozował; zaaplikował; postawił na nogi.
Albo na cokole. Pewnie potrafiłbym. Ale nie mam serca do rozpraw.
W sprawach takich jak ta, w ogóle nie dopuszczałbym ich do głosu.
A ponieważ nasza rozmowa trwa od kilkudziesięciu lat, napiszę list.
To najbardziej niewinna z form.
Jeśli istnieje reinkarnacja (taka jak ją trywialnie rozumieją) to może pamiętasz list sprzed wielu wcieleń, który napisałem do ciebie.
Kiedy to było? Trzydzieści? Sto? Trzysta lat temu? Może więcej?
Byłeś kimś innym. Ja również.
Znaliśmy już fanaberie, z jakimi historia odnosi się do obrazów.
Na przykład, ów niefortunny początek wieku XVI, kiedy Duch Europy zapadł na jeden z tych słynnych ataków.
Coś w rodzaju padaczki. Petit mal. Byliśmy przy tym.
Nasz odwieczny fach - malowanie obrazów - traktowaliśmy po trosze jako odmianę modlitwy.
A też jako sposób na wiązanie końca z końcem.
Bo zawsze ktoś potrzebował obrazów. Rafaela, van der Weydena, Cranacha.
Również twoich i moich.
W świecie, gdzie niewiele można zrobić dobrego, dawał nam ten zawód (rzemiosło? powołanie?)
poczucie wolności od czczego próżnowania.
Nasze dzieło było skromne. Czy coś z niego ocalało? Prawie nic.
Ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze żeśmy tam byli.
Oglądaliśmy historię, lubiącą się przewracać na zakrętach.
Z jakichś wewnątrz-duchowych (bo nie tylko kulturowo-społecznych) powodów, darzyliśmy obrazy ufnością.
Spokój naszego ducha znajdował w nich bezcenne oparcie.
Tylko tym potrafię wytłumaczyć ich niejasną raison dŐetre.
Są potrzebne człowiekowi. Bo zwierzęta nie znają obrazów.
Nie reagują na nie, o ile wiadomo.
Wróble, które rzuciły się na winogrona namalowane przez Apellesa, włóżmy między bajki.
Prawda była inna.
Obaj dobrze wiemy, że nie nabrał się na to ani jeden ptak. Byliśmy świadkami.
Widzieliśmy przecież.
To tylko majętny prostak o przezwisku Wróbel rzucił się na te malowidła.
A za nim jego wszyscy krewni, aby zawiesić je na ścianach, jako dowód przynależności do człowieczeństwa.
Bo właśnie obrazy (podobnie jak literatura) czynią człowiekiem.
Nabyli od Apellesa mnóstwo tych malowanych winogron, nie dających się skosztować ani powąchać.
A jednak robiły większe wrażenie niż ich realne prototypy.
To ciekawe; zapłacić za farbę rozmazaną na desce stokroć więcej drachm niż za prawdziwe owoce.
Z tego właśnie żyliśmy.
I niech nam legendy nie mydlą oczu. Wiemy dobrze jak to było.
Wszak wszyscy byliśmy w starożytności.
No, może nie wszyscy, ale kto nie był, jego strata.
Wróćmy do tego wieku szesnastego.
Spędziliśmy go w świecie o płynnych granicach; pod rządami zmiennych głów (a raczej pół-głów, podobnie jak dzisiaj), pod batem takiego lub innego przeznaczenia.
Europa miała napięte nerwy.
Zachłanność popychała ją do głupstw przerastających wytrzymałość i wielki potop wisiał na włosku.
Potop żółci? Krwi? Łez i potu?
Było na świecie wiele grzechu i adekwatnych grzeszników.
W miarę jak ich przybywało, rosło pragnienie oczyszczenia.
I w końcu, zaczęło się.
Linczowano dogmaty i ich autorów.
Wyśmiano skłamane autorytety - te w biretach i te w tiarach.
Wygwizdano oszustwo zmyślonego raju.
Europę zalała fala syfilisu, świeżo sprowadzonego z Ameryki.
Tezy wittenberskie poszły papiestwu w kość. Dziewięćdziesiąt bolesnych siniaków.
Bezkarne armie mordowały w imię Boga (Gott mit uns) jak popadnie.
Nie ustawały wojny jawne i ukryte. Jeden kryzys gospodarczy prześcigał następny.
Pełnia renesansu!
Lud boży znalazł się w opałach. Obrazy miały to przysłaniać.
Odwracać od tego uwagę. Czynić rzeczywistość piękniejszą niż była na prawdę.
W roku 1566 nie byliśmy już tacy młodzi.
W Gandawie, Amsterdamie i innych miastach oraz wsiach Niderlandów, grupy rokoszan rzuciły się na kościoły i splądrowały je.
Wywleczono pięknie malowane ołtarze i potrzaskano. Co nie zostało rozkradzione, zniszczono ogniem.
Dewastacja skierowała się przeciw wszelkiemu sakralnemu decorum.
Polichromowane ściany wybielono wapnem, a pewnemu malarzowi, który coś chciał ratować (może swe własne bohomazy) na mocy ludowego wyroku wydłubano oczy.
Buntowniczy wielbiciele prawdy zawsze znajdą w sztuce wygodną ofiarę.
Wierzą, że nie ma co zabiegać o nią u artystów.
Kto szuka prawdy w sztuce, może ją znaleźć najwyżej między wierszami.
Globalny deficyt prawdy i zamiłowanie do ładnego kłamstwa u jednych, wywołał odrazę do obrazów u innych.
Oto Biblia, po raz kolejny, stawała w szranki z pogaństwem.
Ale niech nas te słowa nie mylą.
Pogaństwo (rozmiłowane w obrazach) reprezentowały wojska katolickiej Hiszpanii.
Zaś chrześcijanami byli przeciwnicy malowania, chcący żyć według przykazań. Zacząć raz jeszcze od początku, skoro pierwsza (druga? trzecia?) próba skończyły się niepomyślnie.
Starotestamentowy nakaz zamierzył się na miły katolicyzmowi grzech przeciw pierwszemu przykazaniu: nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną; nie uczynisz żadnej podobizny itd.
Od pół tysiąca lat praktykowaliśmy - raczej nieświadomie - ten grzech, który nam zastępował modlitwę i wiązanie końca z końcem.
No cóż. Na jakiś czas (szczęśliwie krótki) apostołowie naprawy odrzucili obrazy.
Wyklęli je i cisnęli w ogień jak produkt diabelski.
Podobno gdzie indziej nie było aż tak źle.
Ale tam gdzie żyliśmy zawsze liczyła się zgodność nazwy z rzeczą.
Malowane winogrona doprowadzały do furii wygłodniałe ludzkie ptactwo.
Gdy ta gorączka ustała (albo jeszcze w jej trakcie) napisałem do Ciebie, Andrzeju, ów list i pewnie go pamiętasz. Bo choć w innym różni, w tym byliśmy zgodni.
Nie przeszkadzała nam niszczycielska wiara plebsu.
Może nawet (choć raczej słowem niż czynem) braliśmy w niej udział.
A równocześnie, nie lękając się oskarżeń o zdradę, malowaliśmy pokątnie swoje modlitwy.
Później inni także zaczęli. Nieśmiało. Coraz śmielej.
W końcu całkiem otwarcie. List nie był krótki i starał się rozumieć mądrość klątwy.
Wszak przekleństwo, nieufność i płomienie są dla obrazów probierzami trwałości.
Jeśli przetrwają rebeliantów i auto da f, oto dowód ich mocy.
Dziś po tamtej rebelii nie ma śladu.
Nawet historia - wydawałoby się, że taka solidna i bezstronna - nie chce o niej pamiętać.
Spotkaliśmy się znów po stuleciach - ciągle się spotykamy - jakby przeznaczenie jeszcze raz powołało nas na świadków rewolty obrazoburców.
Tym razem innej niż za Karola Wielkiego, za Leona III, cesarza Bizancjum.
Teraz walka z obrazem nie ogląda się na sankcję teologiczną.
Jako hasło bojowe wystarcza jej zwykłe lenistwo.
Człowiek jest zaprzedany maszynie, która ma go karmić.
Żyje według dekalogu epoki hi-tech; epoki pary, elektryczności i rozszczepionego atomu.
Ponieważ obrazy już od dawna traciły komunikację z sacrum, stając się zwyczajowym, laickim towarem, szukano dla nich nowego zastosowania.
W takich to okolicznościach urodziliśmy się znowu; ty nieco wcześniej; ja później; z tą naszą odwieczną słabością do obrazów.
Ale trafiliśmy w świat, który zna jedynie obrazki, obrazeczki i inne wizualne igraszki.
Natomiast obrazy są w odwrocie.
Chęć obcowania z nimi, w zaniku.
Wymóg kunsztownego rękodzieła, niegdyś oczywisty, skurczył się do niezbędnego minimum.
Ocalałe tu i ówdzie wyjątki trwają przy swoich utopiach, ale świat, gdzie znowu się spotykamy, nie cierpi wyjątków.
Jest to świat nowy. Dla starych symboli przewidziano w nim stosowne śmietniki - muzea, biblioteki, filharmonie, świątynie.
Prawo do życia na wolności ma tylko to, co nowe.
Oczywiście 'nowe obrazowanie' jako sektor 'nowej sztuki', wchodzącej w skład 'nowej rzeczywistości'.
Jakkolwiek słowa są stare (sztuka, demokracja, dobro, etc) to znaczą coś innego.
Może te innowacje są mądre i godne szacunku? Tego nie wiem.
Może, jako gościom na tej ziemi, w naszym podróżowaniu przez stulenia, nie wypada kręcić nosem na nowe porządki?
Ale przecież pamiętamy szczęśliwsze wcielenia.
Spotkaliśmy się zatem w czasie nowego ikonoklazmu.
Obrazy palono tylko werbalnie, niemniej palono.
Wywlekano je przed trybunał inkwizytorów.
Zalew obrazowej namiastki, wraz z triumfem wolnych sobót, stał się znakiem rozpoznawczym 'nowego świata'.
Nawet żelazna kurtyna nie była w stanie zatrzymać tej nawały.
Ciekawe, że na początku - rok był chyba 1966 - nie byłem ciekaw twych obrazów.
Nie znałem ich. Z upływem czasu pokazałeś mi kilka; trochę ukradkiem; jakby to były sprawy przebrzmiałe.
Od dwu lat już nie uprawiałeś malarstwa.
A wcześniej także nie, bo właściwie obrazy sporządzałeś z tajemniczych tworzyw; ogromne jakby tablice; właściwie reliefy, które przypalałeś ogniem; wcierałeś zagadkowe brudy; wyciskałeś na nich jakieś ślady;
doklejałeś i przytwierdzałeś (Afty, Skrzydła, Wielka Hadra i wiele innych).
O obrazach wcześniejszych długo tylko słyszałem.
Przedstawiały ryby, malowane mniej lub bardziej konwencjonalnie.
Ale w pewnym sensie, był to ikonoklastyczny okres twojego życia.
Nawet od tego przypalania obrazów był tylko krok do palenia.
No cóż, czas był taki, że sztuka malarska potknęła się; upadła jak długa na trotuar.
I nikt, jak to czasem widzimy na ulicach, nie spieszył z pomocą.
Rzęziła abstrakcyjnym bezwładem. Wyciekała z niej para.
Zapadała się w czystą formę bełkotu. Żaden ptak - jak u Apellesa - się na to nie nabrał.
Tylko pewien Wróbel i jego kompani.
Jakaś garstka myślała jeszcze o sobie jako malarzach, a to co robiła nazywała malarstwem.
Wybitni koloryści, u których koloru ani na lekarstwo.
Tadeusz Kantor, chcący być pierwszym w historii wybitnym malarzem, nie potrafiącym malować ani rysować.
Uroczy Henryk Stażewski, wypełniający kolorem kwadraciki lub wycinający laubzegą trójkąty.
Wokół nas nie było obrazów mogących być wzorem, lub na które chciałoby się w ogóle patrzeć więcej niż raz.
Przesadzam tu trochę, ale nie za bardzo.
Były wyjątki. Nowosielski. Fijałkowski w pewnym sensie.
No i później Beksiński - ale to całkiem inna sprawa.
Może jeszcze kilku. Poza tym - czyste obrazobórstwo. Ty też w nim trochę tkwiłeś.
Może ja również, gdyby nie studia w Akademii, zobowiązujące do wymachiwania pędzlem.
Pamiętam, że wtedy - nie malując - wykonywałeś jednak na papierach jakieś ni to rysunki, ni diagramy, kłaniające się z daleka stronicom dawnych traktatów alchemicznych;
magicznych ksiąg; resztkom starodruków.
Były atrakcyjne i bliskie temu co - na inny sposób - sam robiłem.
Krok za krokiem okazywało się więc, że to jest kontynuacja wcześniejszych (wcielenia!) spotkań.
Nasze drogi znów przecięły się w określonym czasie i określonym miejscu na mocy fatalnego planu.
Nic przypadkowego.
Nawet to, że właśnie byłeś (pół) ikonoklastą, a ja jeszcze mniej.
Spotkaliśmy się w świecie pełnym obrazków, ale zupełnie pozbawionym poważnego obrazu.
Spotkaliśmy się na pustyni duchowej, którą ze Śląska uczynił jej polityczny gospodarz.
Ów potentat nie mógłby tak łatwo żadnego z miast polskich zadedykować Stalinowi jak Katowice?
No, bo które? Kraków? Poznań? Częstochowę?
Miejscem naszego spotkania był polski Babilon etniczny.
Tutejszy cmentarz wojskowy miał kwatery żołnierzy francuskich, włoskich, niemieckich, ruskich (sprzed roku 1917), nie mówiąc o polskich.
Na ulicy słyszało się języki od sasa do lasa.
W kopalniach pracowali chłopcy z Białegostoku i Przemyśla.
W kamienicach mieszkali Ślązacy, Lwowiacy, Wilnianie. Katolicy. Protestanci.
Prawosławni. Żydzi.
Nie mogliśmy się zatem rozminąć. Porozumieliśmy się łatwo.
Jednomyślnie opluwaliśmy współczesność i stwierdziliśmy, że nie zgadza się z naszą wizją rzeczywistości; nieco ahistoryczną, by nie powiedzieć anty.
Mur mający nas przed nią bronić; komfortowe podziemie; enklawę ratunku; majstrowaliśmy z różnych budulców.
Były wśród nich - choć może nie na pierwszym miejscu - obrazy.
Zacząłeś znów malować.
Rozmawialiśmy o tym wiele. Rozpętywaliśmy idee wymagające postaci obrazowej.
Nie chodziło nam o malarstwo w tym sensie, żeby trochę sobie pomazać farbami.
Chcieliśmy obrazów a nie malowanek. Również malowanie stało się rozmową.
Dużo zawdzięczam pokazowi twojej solidności i rozmachowi wykonania; odpowiedzialności wobec tworzywa.
Była to dla mnie lekcja tego, co akademii zniknęło z pola widzenia.
Może tylko ów rozmach nie trafiał mi do serca, bo nie przepadałem za wielkimi malowidłami.
Ale jeszcze z początku; rok 1967, 68, 69, rozmiar twoich obrazów nie przekraczał przeciętnego.
Dopiero później wróciłeś do przekonania, że wielki format obrazów równa się wielkości wyrazowej.
Jest to przesąd pokutujący od czasów baroku, dla którego obrazy były cząstką religijnego teatru.
Na razie jednak malowałeś obrazy skromniejsze, zrodzone ze sprowokowanej wyobraźni i zwrotnie wyobraźnię prowokujące.
Były to we większości jak gdyby lustra - miejscami krzywe - odbijające nasze rojenia.
Zdaje się, że kilka obrazów wtedy malowaliśmy wspólnie.
Nie mam tu na myśli Chaosu..., ale pewne - tylko ty i ja - zabawy malarskie, po których nie wiem nawet czy pozostał jakiś ślad.
Na przykład, po ikonie która miała przedstawiać Świętego Towarzysza Mao.
Albo po poliptyku składającym się z ekwiwalentów mantry OM MANI PADME HUM.
Mgliście też pamiętam figurę Golema, która nie wyszła poza fazę początkową.
Na horyzoncie naszych spraw pojawił się wówczas Beksiński.
Jego rysunki, a potem obrazy (oraz jeszcze wcześniejsze obiekty rzeźbiarskie) wprowadziły nas w niemałe zakłopotanie i jeszcze większy podziw.
Udało ci się uniknąć fascynacji jego radykalizmem, która popychała do naśladownictwa.
Ja się jej poddałem na chwilę, choć w stopniu nie większym niż - poprzednio- podziwiałem
Lebensztejna (tak się wtedy podpisywał), Kujawskiego, kilku nadrealistów i pre-rafaelitów.
Ciebie poniosło w inną stronę.
A później, jakby z dnia na dzień, zaczęły się pojawiać te ogromne, do przesady jaskrawe, pełne ornamentu i delirycznie zwiewne, wizje nowej duchowości.
Dla porządku, kilka tytułów: Korona cierniowa; Jezioro Ducha; Cozmic mama again; Every day, everyway, everywhere.
Anarchizujący duch hippisowski wciągnął nas w dyskurs o wolności ducha.
Obrazy przedstawiały wybuch i wyzwolenie, ponieważ wierzyliśmy, że tylko wybuch zdoła otworzyć przestrzeń Nowej Epoki.
Może kiedyś ktoś dokona paraleli między twymi ówczesnymi ikonogramami a muzyką rockową, której słuchałeś bez przerwy, w coraz groźniejszych dawkach.
To prawda, żeśmy się wtedy nie oszczędzali.
Szczególnie ty. Bo ja trochę zostawałem z tyłu.
Zostawiałem sobie na deser jakieś tabu.
Przeto twój radykalizm - również w obrazach - kosztował mnie wiele kompleksów i zazdrostek.
Zwiększał się krąg naszych sprzymierzeńców.
Grono przyjaciół infekowało się wzajemnie: wspierało w zwadzie z monopolem idei.
W galimatiasie i rozgardiaszu jaki się rozpętał wokół nas - wszak z naszej winy lub zasługi -
był pewien magnetyzm, skoro o twoją pracownię ocierały się wówczas osoby będące już - lub niebawem - elitą świata artystycznego i intelektualnego.
Przez tamte lata twoja pracownia była jednym z ważniejszych sztabów "kontr-kulturyŇ polskiej.
Twoja pracownia z warsztatu malarskiego przemieniała się w jakąś wszechnicę.
Jeszcze później, w duchowy ośrodek buddyjski.
Miało to adekwatne odbicie w obrazach. Stopniowa sublimacja i wycofywanie się z wizualnych paroksyzmów 'psychodelizmu',
poszło w kierunku, który uznałem za doskonały i budzący podziw.
Podziw zatrącający o poczucie własnego niedołęstwa.
Tak było właśnie z tymi nieoczekiwanie wyciszonymi pejzażami morskimi, monumentalnymi w najlepszym sensie, którymi wypełniła się twoja pracownia.
A niebawem też publiczne galerie sztuki i kolekcje amatorów.
Znowu tytuły: Blask, Przypływ, Odpływ, Red sunshine.
Ich wyrazowa szczególność mogła być skutkiem buddyjskiego kwietyzmu, splecionego z buddyjskim tragizmem.
Ale również wyłoniły się z dalekich planów wcześniejszych obrazów oraz z naszych wcześniejszych utyskiwań na kiepską kondycję sztuki.
Co prawda, w tym czasie rozstąpiły się nieco nasze punkty widzenia.
Po latach buszowania na terytoriach spirytualizmu każdy z nas sporządzał teraz osobisty bilans.
Twój był właśnie taki.
Podziwiałem z dystansu jak uważnie i skutecznie przemieniasz własną rzeczywistość w konstrukcję egzystencjalno-artystyczną.
Po wcześniejszym, 'barokowym' upojeniu kształtował się poważny 'klasycyzm' twej drogi.
Moja natomiast pobiegła zygzakiem. Zmieniłem miejsce zamieszkania.
Włóczyłem się trochę.
Porażały mnie miasta i muzea; rozsnuwała się Europa, którą znaliśmy właściwie tylko z książek i słyszenia.
Sprawdzałem szczelność klosza czasu i przestrzeni.
Z obrazów, które były patetycznymi portretami mórz, wyłoniła się twoja rzeczywista podróż za ocean;
do Stanów Zjednoczonych, skąd ja wróciłem chwilę wcześniej.
Spotkaliśmy się jeszcze w przelocie. Tak, aby się pożegnać. Na zawsze - jak sobie myślałem.
Tu otwiera się "czarna dziuraŇ w naszym obcowaniu.
Dalszy ciąg twojej rozprawy z rzeczywistością znam z późniejszych rekonstrukcji.
Dopiero po trzynastu latach mogłem naocznie stwierdzić refleks tego doświadczenia w obrazach.
Nie byłem na to przygotowany.
To co je wypełniało odbierałem jako rodzaj filozoficznego szaleństwa.
Nie mam teraz pod ręką katalogu wystawy z tekstem o twoim malarstwie napisanym przez Andrzeja Kostołowskiego.
Obaj cenimy jego niekonwencjonalną i trochę kapryśną spostrzegawczość; jego zamiłowanie do myślowego porządku, czasem przechylone w stronę dziwactwa.
W rzeczonym tekście ten etap twej twórczości nazwał 'kropelkowym', czy jakoś podobnie.
Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby ten szczegół wydobyć i uczynić nośnikiem istotnych sensów.
Kostołowskiego urzekło owo migotanie. Rzucił się nań ze swoją percepcją i piórem.
To stawia mnie przed pytaniem.
Czy potrafiłbym przyłożyć kątomierz lub ekierkę do zalewu obrazów, jaki widziałem w twej pracowni przez kilkadziesiąt lat.
Byłem bezpośrednim świadkiem. Znam je wszystkie, a przynajmniej lwią część.
Ostatecznie potrafiłbym porozstawiać je po kątach.
Mógłbym postawić sobie takie zadanie i nawet (na niby, bo to tylko gra)
wykazać logiczne związki, przyczyny, skutki i motywacje, wydobywające z każdego dzieła wcześniej niewidzialną celowość.
Może nie miałbyś nic przeciw temu, by kreślić trop, po którym zmierzasz ku obrazowi idealnemu.
Ale tego właśnie uczynić nie mogę. Zdaje mi się, że wiem o nich (obrazach) i tobie więcej niż można wywieść z kropelkowatej struktury teł, na których szaleją człekokształtne modliszki.
Zresztą ten okres twego malarstwa przyswajałem najtrudniej.
Przywiozłeś z Nowego Jorku pewien repertuar (bakcyl nowojorski?), który wpędzał mnie w zakłopotanie.
W końcu oswoiłem się z nimi.
Niektóre nawet polubiłem, choć z początku wydawało mi się to wykluczone.
Ale ostatecznie nie poddałem się ich obsesyjności.
Postrzegałem je trochę jako obce mi. Trochę błahe.
Gdyby to nie naruszało dobra naszego odwiecznego dialogu, może wytknąłbym bezsilną żarliwość malowanego erotyzmu;
pożądania spowitego w kropelkowaty ornament.
Chyba dawałem to poznać po sobie.
Ale gryzłem się w język i dobrze zrobiłem.
Bo przecież, conajmniej niektóre uznaję obecnie za wyraz - artystycznie dosadny - jednego z twych życiowych i twórczych zakrętów.
I trudno byłoby mi dziś wyznać własną pomyłkę.
Z jednej strony był to 'renesans' dawnych, psychodelicznych podmuchów; obsesji i fascynacji już mi znanych - choć teraz w innym kontekście.
Raczej stronię od programowego erotyzmu.
Na obrazach wydaje mi się płaski i dwuwymiarowy. Wolę go zdecydowanie poza sztuką.
Więc, choć z podziwem (znów) dla rozmachu i kunsztownej realizacji, musiałem się oswajać z twym nowym wcieleniem artystycznym.
Najbardziej niepokoiło mnie, że nie umiałem głośno wyrazić swego podziwu tak, by równocześnie nie wtrącić trzech groszy, akcentujących votum separatum.
Wielką wystawę twych obrazów w Katowicach (1992), którą można chyba uznać za przegląd retrospektywny, koronował dorobek ostatnich lat, we większości powstały w Nowym Jorku.
Ale - choć tak mogło się wydawać - nie była to finalna kropka, zamykająca dalszą perspektywę.
Prawdę mówiąc, spodziewałem się; miałem nadzieję, że objawi się niebawem.
Wrócę tu jeszcze do tego.
Bo muszę zauważyć, że seksualizm jaki darowałeś publiczności - gdy mu zajrzeć w zęby - nie jest z rodzaju utartych wzorów.
A jeśli mu spojrzeć w oczy, to w ogóle zaczyna mówić o czymś innym.
Odsyła do pytań, zrodzonych z innych hormonów i innych organów cielesnych.
Objawia się jako zaczepka w stylu nieco drastycznym, chcąca postawić na ostrzu noża sprawy biegunowe.
Świętość i lubieżność.
Emocje i rozum. Stare i nowe.
Dobre i złe. Wysokie i niskie.
Te diabło-anioły szwendające się w twoich obrazach; obnoszące swój kompleks komiksu, tak jak dawniej święci (także w obrazach) puszyli się aureolami;
to przecież są ikony upadłego, nowoczesnego sacrum.
Jego resztki tlą się jeszcze w kościołach, ale zasadnicza część oddała się w opiekę biznesu.
Jest to malowana armia płomiennych i groźnych (chyba trochę na niby), owych niegdyś archaniołów, których płonące miecze wyrażały gniew boży.
Obecnie - meretricis ira.
Tyleśmy się namalowali tych aniołów w XIV i XV stuleciu, że powinienem je od razu rozpoznać.
No, po prostu nie przyszło mi na myśl.
Ale przecież jest już po bitwie. Zwycięzcy siedzą bezpiecznie na tronach.
A wokół tylko jakieś trupy; zdezelowany sprzęt wojenny; dziury po bombach.
Więc czego szukają na pobojowisku?
Otóż, nigdzie i nigdy, poza twymi obrazami, nie spotkałem tak demonicznych samic.
Może - zmieniwszy nieco kostiumy - wałęsają się po powierzchni lub w podziemiu zurbanizowanego świata?
Tylko ja, z powodu jakiegoś defektu percepcji, nie widzę.
Ale też możliwe, że właściwym miejscem ich pobytu są kulisy i zakamarki nowoczesnego umysłu.
Umysłu zniewolonego przez świat, który sam siebie wymyślił, a którego ciężaru nie jest już w stanie podźwignąć.
Umysłowości mieszkańca Megapolis, które miało, ale się nie stało globalną wioską.
Człowieka, który wierzy w swoją wolność tak długo, aż zrozumie, że jest - zawsze był - uwięziony w bycie.
Jak zawsze. Jak w naszych dawnych wcieleniach. I dzisiejszych.
No, nie wiem czy nie posuwam się za daleko, ale powiem szczerze, że musiałem się trochę bronić przed tymi obrazami.
Były bowiem pokusą powrotu do spraw dawnych, które już raz porzuciłem, a może nawet zdradziłem.
Trzydzieści lat temu (a może trzysta?) dotknąłem tego parzącego problemu.
Roztrząsałem go przez chwilę i zostawiłem, nie siląc się nawet na konkluzję.
Dziś nie potrafiłbym pewnie nawet spojrzeć mu w oczy.
Bo co mógłbym w nich znaleźć? Inspirację? Wyrzut? Klątwę?
Kilka lat po tamtej wystawie, a z pewnością około roku 1995, twój artystyczny horyzont zaczął się ponownie rozsnuwać.
Myślę, że poza względami sztuki i życia, w fakcie tym miało udział zastosowanie kserografu jako instrumentu powielania.
Właściwie nie powielania - skoro każdy obraz jest inny - ile nakładania się różnych rzeczywistości ikonicznych; najczęściej cytatów.
Z jednej strony, skandalizujących komiksów Johna Willie, a z drugiej nobliwych arcydzieł sztuki światowej - Hiroshige,
ikona ruska, koptyjskie manuskrypty czy stalorytnicze kopie barokowego malarstwa.
Nie wiem po której stronie tych składowych ikonotypów było lub jest twoje serce (o ile można przypuszczać taką stronniczość),
ale samo to czynienie obrazów wielowarstwowych zrobiło na mnie wielkie wrażenie.
Nie spotkałem się nigdy wcześniej z tak żywą; artystycznie i filozoficznie płodną; eksploatacją ikonosfery.
Wywoływała ona we mnie - znawcy historii obrazów, za jakiego się nieskromnie uważam - poruszenie i zamęt w percepcyjnych nawykach.
Bardzo twórczy zamęt. W jego gąszczu zauważyłem nowy zaczyn obrazowy.
A za nim nowe malowidła. Zupełnie nowe.
Jakby ich twórca poszukiwał czegoś; jeszcze raz; od początku.
Znane. Dawne. Stare.
Ale zawsze wyglądające jak nowe. Das ist eine alte Geschichte, noch sie bleibt immer neu.
To pewna stara historia, co zawsze wygląda jak nowa.
Tak mógłby się zaczynać ów list, który kiedyś - w czasach takich, jakby to było dzisiaj - pisałem do ciebie.
Właśnie rozpadła się i dogorywała wcześniejsza ikonosfera.
Żegnały ją przemądrzałe śmiechy oskarżycieli, co zawsze wiedzą najlepiej. Świat wydawał się nieco pusty.
Więc co mieliśmy robić.
Malowaliśmy obrazy.
Wiązaliśmy koniec z końcem. Ouroboros. Podobnie jak teraz, kiedy właśnie wisi na włosku nowa inwazja obrazów. Grafitti zalewają już ściany i mury Megapolis.
Za kulisami internetu czekają na sygnał ich nowe dywizje. Awangarda obrazoburców tłoczy się na cokole. A pod pomnikiem zaczyna się coś nowego. Coś, co znamy ze starej historii.
Będę już kończył. Późno.
Ćma lata mi przed nosem.
Niebo jest zaciągnięte, więc w nocy nad Starym Wielisławiem nie pokaże się Kastor i Poluks, ulubiony gwiazdozbiór mojej Laury. Pewnie będzie w nocy deszcz.
Pozdrawiam Cię Andrzeju
|